sobota, 3 listopada 2018

Czasem mam ochotę wysiąść




Na początku września byłam oazą spokoju.W cierpliwości mogłam zanurzyć się po pas.
Październik kończę z napadami duszności, bólami w klatce piersiowej i stosem leków na wszystko.

Ten rok miał być inny.Miałam dać sobie oddech, zluzować gumę w gaciach i skupiać się na małych radościach.Okazuje się,że jest gorzej niż było.Zacytuję Miałczyńskiego - ,,Praca, która była moim powołaniem, okazała się udręką za grosze".
Nie wiem co jest ze mną nie tak.Czy nie nadążam za programem, czy ten szczurzy pęd zaczyna mnie tratować.Czuję,że to co kiedyś sprawiało mi radość teraz wywołuje ból brzucha.

W tym kieracie nawet nie mam czasu zastanowić się, dojść do tego co się dzieje.
Chyba trochę przeceniłam swoje siły.Doszłam do wniosku,że za dużo od siebie wymagam, stawiam sobie coraz wyżej poprzeczkę, staję na palcach, nie potrafię odpoczywać.
W robocie coraz większe ciśnienie.Ciągle oceny, sprawozdania, wykazywanie się..
Teraz mają nas oceniać co trzy lata.Dyplomowany ma ponad dwadzieścia kryteriów oceny.
Człowiek ciągle musi udowadniać,że jest najlepszy,że zasługuje na 500 +!
Zaczyna mnie to dusić, uwierać, czuję,że doszłam do ściany i albo rozbije go łepetyną albo zmienię swoje życie.
Praca z dziećmi nie daje mi już tej satysfakcji.Nie chodzi o dzieci ale o system, który zdominowały papiery, warunki, w których musimy pracować, ludzi, których ten system zmienia na gorsze.
Dzieci w tym nie ma.Są przypadki, diagnozy, prognozy..

Gubię jak liście gdzieś swoją radość.Na jej miejscu pojawia się grymas znudzenia.
S. każe mi odpuścić i pieprznąć czasem te książki bo przecież nic się nie stanie raz raz będę przygotowana na czwórkę, a nie piątkę.
Moje myśli ciągle gdzieś pędzą.Nie potrafię już po prostu się polenić.
A to sterta prasowania, a to pranie, a to psy, a to przygotować się do zajęć, mam za mało czasu, mam za mało energii.
Nigdy wcześniej nie bolała mnie głowa, teraz to nagminne.
Zaopatrzyłam się w leki uspokajające.Może to przejściowy kryzys ale sądzę,że to taki groszek co pije cię w dupę,żeby oznajmić - zmień coś do cholery bo zwariujesz!

Wracam do domu jak do portu.Nie mam ochoty się z niego wyłaniać.
Zakopuję się w moim nowym uszakowym fotelu, nakrywam miękką, bawełnianą narzutą i chcę w końcu przestać się smagać batem po dupie, zluzować cugle i ruszyć galopem po zielonych łąkach.
Muszę jeszcze trochę wytrzymać.Marzenie o domu trzyma mnie w pionie i nie pozwala się poddać.I On, moja ściana, oparcie, mój mąż.




Pozdrawiam Tangerina;)

piątek, 2 listopada 2018

Uczucia



Nazbierało się trochę we mnie, więc pewnie posypią się posty.
Wczoraj byliśmy na Koterskim.Siedem uczuć powinni obejrzeć wszyscy,przede wszystkim rodzice i nauczyciele.Od lat powtarzam,że zamiast wtłaczać dzieciakom do głów wiadomości, których nigdy w życiu nie wykorzystają, warto by nauczyć ich jak radzić sobie z tym co czują.
Lekcje wychowawcze są takie tylko z nazwy odkąd pamiętam.
Może gdyby zwrócono większą uwagę na emocjonalną stronę małego człowieka mielibyśmy mniej nerwic, uzależnień, samobójstw.
Pamiętam jak mówiono nam,że złości czuć nie wolno,że nie wolno się bać, a chłopcy nie płaczą.
Gówno prawda, tylko że te przekazy nadal funkcjonują.To co pakowano w nas latami dzień w dzień, wyskakuje nagle z worka i nie wiadomo co z tym zrobić.
Uwielbiam Koterskiego, a po tym filmie mam do niego jeszcze większy szacunek.
Przypomniały mi się szkolne lata, durnowate rymowanki, debilne zabawy ale nie zamieniłabym ich na to co mają teraz dzieciaki za nic w świecie.
Wielu nauczycieli podkopywało moje poczucie własnej wartości choć i tak już mocno kulało, w domu człowiek dostawał kolejną dawkę gorzkich słów, które do dziś dźwięczą w uszach.
Warto zastanowić się nad słowami, którymi strzelamy codziennie w nasze dzieci, uczniów.Wydaje nam się,że spływają po nich, a to nie prawda.Polecam film!

Mój mąż obsypuje mnie prezentami i po ślubie jak na razie to się nie zmieniło.
Dostałam od niego trzy płyty do auta Pablopavo,Stinga I Shaggy i Nosowską.
Odpaliłam dziś Kaśkę i oszalałam!Odkąd płyta wjechała do odtwarzacza nie wyjeżdża z niego.
Nareszcie!Petarda, pocisk, który ma moc bomby atomowej!
Mocna, prawdziwa,wyzbyta babcinego popierdywania i nieśmiałego skubania spódnicy.
Prowadziłam samochód i mogłabym z nią jechać na koniec świata.Wywala słowa, które siedzą w mojej głowie.Te same strachy, te same myśli, te same obserwacje rzeczywistości.
Dzięki Bogu w końcu zrzuciła starą skórę i mocno tupie nogą.
Kaśka, dzięki za Basta!!!!

O ślubie słów kilka...
Miałam o nim nie pisać, to takie osobiste przeżycie...
Było cudownie.Pogoda była piękna..pod nogami szeleściły żółte i czerwone liście, słońce przebijało się przez korony drzew.Lepszej pogodny nie mogliśmy sobie wymarzyć.
Miałam na sobie sukienkę w kolorze pudrowego różu sięgającą do ziemi.Moja świadkowa zadbała o delikatny makijaż,kwiaty, fryzurę ogarnęłam sama:)
Mało brakowało, a byśmy się spóźnili na ślub.Wpadliśmy do USC na ostatnią chwilę.
Nie chcecie wiedzieć jakie plugastwa padały z moich ust  gdy prowadziłam samochód ( wiozłam się sama na ślub co było zabawne).
Mój mąż śmiał się przez całą przysięgę aż się popłakał ze śmiechu.Myślę sobie ładnie, zaraz każe mu to powtarzać:)Pierścienie wjechały na pace i po ślubie:):)
Pojechaliśmy na kameralny obiad do Zielonej Oliwki, zrobiliśmy kilka zdjęć w jesiennym anturażu i wróciliśmy do domu.Ot cały ślub:)
Bez nadmuchanej otoczki, przerostu formy nad treścią.Matki nawet były grzeczne i się polubiły;)
W przyszłym tygodniu jedziemy we czwórkę na weekend w góry.Mam nadzieję,że będzie równie miło:)
Dzień przed ślubem dostałam nagrodę dyrektora, więc miłych chwil było wiele.
Teraz tylko czekam na dowód z nowym nazwiskiem.



Przez ostatnich kilka tygodni wzrastała we mnie fala złości, frustraci i żalu ale o tym w następnym poście.



Pozdrawiam Tangerina;)

poniedziałek, 8 października 2018

Jestem, czy mnie nie ma?

Nie mam czasu, a może siły?
Znowu trochę ponarzekam;)

Zasypano mnie godzinami.Ponad swój etat  - 26 godzin, dostałam 5 dodatkowych z gimnastyki plus 4 przedszkolne, robi sie 34.Ktoś powie wielkie halo, inni pracują 40 godzin i żyją.
To jest praca z dziećmi.To tak jakby ktoś wam do domu zwalił 25 dzieci i zostawił na 7 godzin:)
Nie mam czasu zjeść co już odczuł mój organizm, obniżając odporność.
Pracuję codziennie do 17.00 i przygotowuję w domu  zajęcia na kolejny dzień.
Zaczęły się problemy ze spaniem.Czuję ciągłe napięcie.Nie mogę zabrać się za czytanie czegokolwiek poza książkami do pracy.
Dziś Pani dyr zapytała mnie czy byłabym zainteresowana pracą w przedszkolu w przyszłym roku.
Na tą chwilę może jeszcze tak ale przedszkolaki to raczej nie moja bajka.
Słodkie są te maluchy ale wolę starsze towarzystwo, które trochę więcej rozumie.

Gdybym wiedziała,że w szkole dostanę tyle godzin, chyba nie pisałabym się na dodatkową pracę.
Popołudniówki są ciężkie.Dzieciaki są po lekcjach, więc już nie mają siły na nic.
Póki piękna, złota jesień szalejemy na podwórku, gdy zrobi się zimno w obecnych warunkach lokalowych lekko nie będzie.
Rodzice nie rozumieją,że świetlica to nie jedna pani lub kilka i 20tka dzieci.To kilka pań i kilkadziesiąt dzieci w różnym wieku o różnych potrzebach, zainteresowaniach i charakterach.
Wymagania rosną z każdym rokiem, a roszczeniowi rodzice pojawiają się coraz częściej.
Marzyłabym o małej grupie dzieci, gdzie każdy otrzymałby moją uwagę, niestety rzeczywistość nie jest tak kolorowa i szczerze mówiąc często skupiamy się jedynie na tym by wszystkie dzieci wróciły całe do domu.

Byliśmy w Wierzchowicach.Było fantastycznie!Pogoda cudowna, targ pełen smakołyków.
Obkupiliśmy się w miody, soki, jabłka, orzechy, sery i jajka.
Udało nam się obejrzeć jeden dom ale jak dla nas za duży - 16 pokoi;)Hotelu to mieć nie chcę.
Bardzo sympatyczny starszy pan opowiedział nam historię domu i jego poprzednich mieszkańców.
Podoba mi się Ruda Milicka, Krośnice - w końcu przejechałam się kolejką,Duchów, Sułów - klimatyczne, małe miejscowości z ciekawą historią.
Pani Joanna z Rumianego Jabłuszka trzyma rękę na pulsie, więc może czegoś się dowie od listonosza:):)
Mieli cynk o leśniczówce ale okazało się,że leśnicy dybią na ten dom i nic z tego nie wyszło.
Przyznam,że zaczęłam mieć pewne wątpliwości, kiedy nasłuchałam się historii o gościach od Pani Joanny.Ludziom się w głowach przewraca.Z moją niewyparzoną buzią musiałabym się bardzo postarać:) albo stworzyć miejsce dla specyficznego gościa;)

Za kilka dni ślub.Koncepcje zmieniają się z dnia na dzień.Są dwie sukienki i dwie pary butów:)
To znaczy, ta druga para została dopiero wczoraj zamówiona bo zmieniłam zdanie odnośnie sukienki:)Najważniejsze - obrączki już mamy;)

Uwielbiam ten dom!
Kocham to miejsce!








Mogłabym oglądać ten widok godzinami...



Pozdrawiam Tangerina;)