Dzisiaj miałam próbkę tego jak może się czuć matka gdy jej pociechy walczą ze sobą nieustannie.
O 6.30 mąż wychyszedł do pracy.
I zaczął się cyrk.
Totalny hardcor.Rzucali się sobie do gardła nieustannie.Musiałam wstać i gnojków rozdzielać.
Potem coś mnie podkusiło,żeby wziąć ich razem na spacer.Byłam mokra.
Kuzyn nabrał takiej masy,że na tym lodzie trudno było mi ich utrzymać.
Z chuderlaka zrobił się z niego niezły byczek.
Nie jestem w stanie nad nim zapanować gdy widzi psa.Wracam do wychodzenia z każdym z osobna.
Gdy wróciliśmy zaczęły się kolejne wojny.
Zanim wyszłam do pracy byłam już wyczerpana i wkurzona do imentu.
Szukałam w internecie jakiegoś pomysłu co z gadami zrobić.
Znalazłam radę by zabrać to o co może być wojna czyli zabawki.
Zapakowałam cały koszyk i schowałam.
I o dziwo pomogło.Nie jest idealnie ale nie musimy ich tozdzielać co chwilę.
Ona wymaga konsekwencji i dyscypliny.Jest rozpuszczona jak dziadowski bicz.
Stawia się,szczeka,jest ciągle nakręcona.
Po spacerze dostaje szajby.
Muszę ją zamykać w pokoju na chwilę żeby się uspokoiła.Kuzyn to był twardy zawodnik ale widzę,że z nią lepiej nie będzie.
Pyskata i buntownicza:)
Zastanawiam się po co mi to było.
Mielismy już ciszę i spokój.
Znajoma podsumowała to tekstem:zawsze się wpakujecie w jakieś szambo,a potem się z tego wygrzebujecie.W punkt!
Padam na twarz.
A aniołki smacznie śpią.
Ciekawe na jak długo?
Obejrzeliśmy wczoraj Żegnaj June ale jakoś bez fajerwerków.Chyba spodziewałam się czegoś innego ale może komuś się spodoba.
Obejrzeliśmy też Złą influenserkę.
Ciekawy przypadek.Polecam.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.Na każdy postaram się odpowiedzieć.
Pozdrawiam odwiedzających:):)