czwartek, 15 sierpnia 2019

Słodko gorzki smak

Muszę przyznać,że wiadomość o dofinansowaniu in vitro we Wrocławiu przyjęłam z entuzjazmem, który rozpłynął się w powietrzu w momencie poznania placówki, która będzie realizatorem.
Jeszcze wczoraj myślałam,że się skusimy.Wygrzebałam wielką teczkę z dokumentacją medyczną.Wróciły wspomnienia i to one zdecydowały,że absolutnie się na to nie piszę, nie w tej klinice.Choćby finansowali całą procedurę od A do Z, nie pozwolę znowu na odebranie mi godności.
To był koszmarny okres.Brak poczucia zaopiekowania, zrozumienia i bezpieczeństwa.
Sama dochodziłam do wiedzy, którą mam dzisiaj.Przekopywałam internet w poszukiwaniu informacji, pisałam pisma do MZ.
Niektórzy lekarze już tam nie pracują.Teraz klinikę obsługuje dwóch lekarzy w tym jeden, do którego by mnie wołami nie zaciągnęli.Jestem wkurzona bo dziś sprawdzałam kryteria i punktację konkursową.Oczywistym było,że wybrano klinikę, która podała jakieś biedne wyliczenia procedury.
Liczy się cena, nie doświadczenie i skuteczność,nie podejście i zaplecze,a kasa i dobrze wypełniony wniosek.Czy nie można było dać vouchera i pozwolić by ludzie sami zadecydowali gdzie się leczyć?
Na trzy wrocławskie kliniki wybrano najgorszą z możliwych.
Pamiętam,że porównywałam in vitro do hazardu.Mam wrażenie,że mam nawrót jak hazardzista, alkoholik, ćpun.Czuje w ustach ten smak.Podekscytowanie, ryzyko, adrenalinę.Chcesz zagrać ale boisz się stracić wszystko, pociąga cię ta ruletka, chciałbyś znowu to poczuć.
Tylko czy ta chwila, ten jeden raz nie zrujnuje ci zdrowia, związku, nie zostawi na zgliszczach?
Może nie warto ryzykować.Czy łyk gorzały sprawi że będę szczęśliwa, czy zostać przy tym małym szczęściu, które mam?

Pozdrawiam Tangerina;)

wtorek, 13 sierpnia 2019

Gdzie plus, a gdzie minus?

INKA

Nie chce mi się pisać bo obiektywnie nic ciekawego się nie dzieje ale jak już się zacznie dziać, cholera wie jak to wszystko sensownie opisać żeby nie przynudzać;)

Spędziliśmy cudowny tydzień w DB.To chyba jednak te tereny wiodą prym w plebiscycie na nasze miejsce na ziemi.Przez ten tydzień odpoczęłam bardziej, niż przez całe wakacje.
Dolina Baryczy mnie wycisza.Nie potrafię zrozumieć jak te piękne tereny nadal pozostają nieodkryte i niedocenione.Możemy szwendać się cały dzień dookoła stawów i nikogo nie spotkać.
Dla nas cudownie, dla żyjących z turystyki nie bardzo.
Wydaje nam się,że już wszędzie byliśmy, a za każdym razem odkrywamy nowe miejsca.
Największy problem tego regionu dla mnie to miejsca gdzie można coś zjeść.Większość jadłodajni czynna jest tylko w weekendy.My zawsze lądujemy w Parkowej w Miliczu, choć nie do końca pasuje nam klimat tego miejsca.Bywa że trzeba długo czekać na obsługę, za to zawsze wychodzimy najedzeni;)
Miałam jeździć konno jednak koń p.Joanny nie zamierzał wozić mojego dupska i ani myślał dać się osiodłać.Zniszczeniu uległa część padoku.Mogłoby być gorzej gdyby jednak się udało i moje cztery litery zawisłyby na jednym z bali.Ja konie kocham ale jak widać bez wzajemności.
Chyba mam jakiś problem z tym,żeby traktować konia jak narzędzie.Pamiętam,że jak byłam dzieckiem ojciec się ze mnie śmiał,że koń wyszedł ze mną na spacer, nie ja z koniem i to się nie zmieniło.Chyba pozostanę przy głaskaniu, ewentualnie czyszczeniu i pielęgnacji tego pięknego stworzenia.P.Joanna chciała mi zafundować hipoterapię ale znacznie lepiej poszło mi z kozoterapią.
Kozy nie przestają mnie zadziwiać.Uwielbiam je, wywołują u mnie dziecięcą radość:)

Pojechaliśmy do Wierzchowic z myślą,że wrócimy do Wrocka tylko na komisję lekarską.
Dzień wcześniej zadzwonili z ZUSu,że orzecznik jest chory.Jasna cholera!Całe wakacje rozpiżdżone!
Nie ma tego złego, przynajmniej zaliczyliśmy Barycz;)


















Dziś mój mąż miał jechać na zabieg.Rano telefon,że chirurg jest na sympozjum i przekładają na 28 sierpnia.Normalnie dostałabym piany na pysku ale staram się szukać pozytywów bo oszaleję.
A pozytyw jest taki,że nie musimy się rozstawać;)
Ta choroba, a co za tym idzie leczenie i cały ten cyrk uczą nas cierpliwości jak nic innego.Ponad pół roku debatowania co zrobić z guzem i kiedy!Mam nadzieję,że w końcu to cholerstwo usuną.

Powrócił temat in vitro.Pieprznięty z wielką mocą bumerang wraca po trzech latach.
Wrocław dofinansowuje procedurę do 5 tysięcy.Wszystko pięknie bo łapiemy się na warunki ale..
Nie mogę pojąć jak klinika która ma fatalne opinie, dwóch lekarzy, w tym jednego koszmarnego, może wygrać konkurs.
To klinika w której realizowaliśmy program kilka lat temu.Projekt dziecko zakończył się fiaskiem jak wiadomo.Nie chcę dziś jojczyć i użalać się nad sobą ale myślę,że gdybym wtedy wiedziała co wiem dzisiaj pewnie byłoby inaczej.
Z ciekawości przeczytałam komentarze pod lekarką, która nas prowadziła.No dno!Myślałam,że może po tylu latach podejście owej pani ginekolog się zmieniło.
Takiego upokorzenia i chamstwa nigdy przedtem i potem nie doświadczyłam.Może to mnie jakoś zniechęciło do dalszych prób.Czułam się jak inkubator, nie inaczej bankomat chociaż teoretycznie nie płaciłam, pieniądze pochodziły z moich podatków.Dupa na taśmę i następna.Gacie na dupę i następna.Mam straszny mętlik w głowie jakby ktoś mieszał w niej wielką chochlą.
Pojawiła się szansa ale czy wracać do miejsca które oskórowało mnie z godności?
Czy jestem w stanie po raz kolejny zaufać i uwierzyć w sukces?
Czy pieprznąć tą furtką raz na zawsze i czekać na menopauzę?
Czas się kurczy.Zostało mi góra 5 lat.Dużo to i mało.Minęły trzy lata od ostatniej ciąży.Dokładnie trzy lata temu pod koniec lipca dowiedziałam się,że jestem w naturalnej ciąży.To był czas odpuszczenia głowie.Wiedziałam,że zakończyłam program i nic mnie już nie uratuje,że to koniec.
Może ten hamulec, który zaciągnęłam lata temu w głowie nie puścił ani na milimetr.
Trzymam tą wolność i nie potrafię jej puścić, boję się stracić kontrolę.Boję się,że  moje życie pogrąży się w chaosie.
Wiem,że moje szczęście nie skurczy się w bezdzietności.Wiem,że potrafię cieszyć się życiem i łapać chwile.Dlaczego do diabła nie potrafię zamknąć tematu, tylko wracam?
Mam nadzieję,że podejmę decyzję najlepszą z możliwych..
Pozdrawiam Tangerina;)

sobota, 3 sierpnia 2019

Lekko pod górkę

Jakoś ten rok nie jest dla nas łaskawy, a może nie potrafię wyłuskać z niego łaskawości.
Nie jedziemy w Beskid.Mieliśmy jechać już dziś ale okazało się,że mój mąż w najbliższym tygodniu ma komisję lekarską.Jakoś w tym roku nie mam specjalnego ciśnienia na wyjazd.Poszukiwania domu, a co za tym idzie spędzanie czasu za kółkiem nieco mi obrzydło.Wizja kolejnych kilkuset km za kierownicą nie jest dla mnie na tą chwilę rarytasem.Praktycznie co kilka dni wyjeżdżamy w teren, więc nie narzekam na brak obcowania z naturą;)
Dziś za to dostaliśmy zaproszenie do zaprzyjaźnionej agro;)Blisko, cicho i swojsko;)
Pojedziemy na tydzień.Zerwiemy się na komisję i wracamy.Ta propozycja spadła nam z nieba.Już się nastawiłam,że nigdzie nie jedziemy.Dobrze mi w domu.Mam wszystko czego potrzebuję.Wysypiam się, wygłupiam z psami, czytam.Czuję się naprawdę wypoczęta.
Odwiedziła nas wczoraj moja koleżanka, matka dwóch synów 6 i 8 lat.Na co dzień mieszka za granicą i widujemy się raz w roku.Mój mąż był w szoku,że dzieciaki wychowują się bez telefonów.
Jakbym miała dzieci Ona byłaby moim guru!Ma fantastyczne, poukładane dzieciaki,wiedzą jak mają się zachować, przestrzegają zasad.Wiadomo trochę łobuzjuja  ale jestem pod wrażeniem,że jednak się da!Trzeba czasu, chęci i konsekwencji, potem tylko rozpiera duma;)

Widzieliśmy cudowny dom!Moja kuchnia!Piec kaflowy, ,,wymurowane meble", kamienna podłoga!
W pokojach ceglane sufity, kamienne ściany, kominek.
I wszystko byłoby cudownie gdyby nie to,że działka ma 500m i 50 m od domu jest dom właściciela!
W sumie dom stoi na jego podwórku.Gdyby nie ten mankament już byśmy to brali.
My jak zwykle.Jedziemy oglądać dom i siedzimy kilka godzin.U właściciela spędziliśmy dwie godziny.Wpiliśmy kawę, pogadaliśmy,a koniec dał nam jajka:)Fajnie byłoby mieć go za sąsiada ale nie aż tak bliskiego.Obejrzeliśmy także dom jego sąsiadki ( sam nam go polecił co było bardzo miłe z jego strony), u której spędziliśmy 1,5h. Miałam wrażenie,że kobieta chce pogadać, to czemu nie?Niestety dom nie dla nas, choć pani była bardzo sympatyczna;)
Zawsze musi być coś!Jak fajny dom, to kijowa działka, jak kijowa działka, to fajny dom, jak dobry dojazd do za blisko sąsiad,jak ładne miejsce to dom zupełnie nie w naszym stylu.
Jest mnóstwo domów na rynku ale zupełnie nie w naszym klimacie.Obejrzeliśmy kilkanaście domów i oto co widzieliśmy: kasetony, narożne wanny, kolorowe ściany,podwieszane sufity,kuchnie w stylu glamour,panele itd.Każdy ma prawo urządzać dom jak się mu podoba ale nam się to zupełnie nie podoba i praktycznie w każdym domu, trzeba by robić remont od nowa.To co było stare i urokliwe, zostało zaklejone tynkiem, panelami,glazurą.Jestem załamana!
Nasz pośrednik powiedział,że niedługo przedstawi nam kilka propozycji.Zobaczymy!

Uczmy się od dzieci

Oglądamy teraz Gwiazdę szeryfa na Netflixie. Może komuś również przypadnie do gustu;)


Pozdrawiam Tangerina;)